Shop More Submit  Join Login
×

:iconkatsuchan14: More from KatsuChan14


More from deviantART



Details

Submitted on
November 14, 2012
File Size
19.3 KB
Link
Thumb

Stats

Views
48
Favourites
0
Comments
0
×
Zmierzch zapadał bardzo szybko i z równym zapędem przemienił się w głęboką, nieprzeniknioną noc. Tylko trzask fal rozbijających się o skalny klif zapewniał, że świat za oknem nie przepadł w mrocznej nicości.
W izbie wypełnionej ciepłem ognia hulającego w kominku panował niezmącony hulającym na zewnątrz świstem wiatru, spokój. Nawet babcia Rozalka otulona ciepłym kocem i wsłuchana w trzask żarzących się węgli zasypiała chwilami w bujanym fotelu, jedna szybko wracała z krainy snów by czuwać nad bezpieczeństwem swojego wnuka Romka. Był on jej jedyną pociechą, a zarazem ostatnim członkiem rodziny. Kochała go ponad wszystko i mimo wielu przeżytych lat nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że ktokolwiek lub cokolwiek mogło by ich rozdzielić. Nic więc dziwnego, że gdy tylko spod jej powiek znikał piasek rzucony przez Dziadka Snu, a oczom ukazywał się obraz beztrosko bawiącego się szkraba, na jej ustach pojawiał się błogi uśmiech.
Cała sielanka pewnie trwała by nadal, gdyby nie zdarzenie mącące spokój jednego z deszczowych wieczorów.
W domu jak zwykle panowała cisza, lecz na zewnątrz hulała burza, oblewając ziemię niezmierzonymi ilościami deszczu. Wiatr dął tak mocno, że ma poddaszu otwierały się drewniane okiennice. Romek bał się tej burzy tak bardzo, że ani myślał opuścić babcine kolana. Rozalia dla otuchy podśmiewała się i nuciła wnukowi wesołe melodie.
Niby nic takiego, ot zwyczajna burza i właśnie tę zwyczajność przerwało głuche uderzanie w drzwi.
-Kogo to przywiało w taką pogodę?- Zdziwiona staruszka ześlizgnęła Romka z kolan, który trzymając się kurczowo jej spódnicy ruszył za nią w stronę drzwi. Gdy już mieli otwierać pukanie powtórzyło się. Było tak niespodziewane, że przestraszony chłopiec aż odskoczył od babci w akcie ucieczki. Jednak staruszka z niezmąconym spokojem przywołała go do siebie skinieniem ręki i przytrzymując za ramię otworzyła drzwi. W ich progu stał wysoki, szczupły mężczyzna w powłóczystej, czarnej pelerynie. Spod mokrego kaptura błysnęły szafirowe oczy. Przybysz nieco łamiącym się lecz melodyjnym głosem zwrócił się do Rozalki.
-Dziękuję, że pani otworzyła, błąkam się od domu do domu szukając dla nas schronienia przed tą ulewą...
-Dla nas?- Wyszeptał równie zdziwiony co wystraszony Romek. Mężczyzna z przyjaznym uśmiechem zwrócił się w stronę chłopca i odsłaniając nieco pelerynę powtórzył jego słowa.
Pod opończą stała struchlała , niższa od Romka niemal o głowę dziewczynka. Nie wyglądała jak dzieci, z którymi zwykł bawić się chłopiec; na jej bladziutką twarz opadały przemoknięte śnieżno białe włosy, a spod kosmyków otulających czoło nieco nieśmiało wychylały się chabrowe oczy przystrojone srebrnymi rzęsami. Dziewczynka czując na sobie zdumione spojrzenie chłopca cofnęła się do tyłu. Obserwująca to Rozalia otworzyła szerzej drzwi i zapraszającym gestem powitała przybyszy w domu.
-Gość w dom, Bóg w dom, a szczególnie w taką pogodę!- Uśmiechnęła się ciepło- Rozgośćcie się, a ja przyniosę wam ręczniki i suche ubrania.
Mężczyzna podziękował uśmiechem, zdjął z siebie pelerynę i rzucając ją niedbale na podłogę przykląkł przy roztrzęsionej dziewczynce. Chwilę mówił coś do niej w niezrozumiałym dla Romka języki po czym objął ją mocno ramionami. Chłopiec nie bardzo wiedząc co ma z sobą zrobić rzucił tylko, że idzie zrobić herbatę i zaraz znikł za drzwiami dzielącymi salon i korytarz.
Niechętnie ruszył w stronę kuchni, jednak czując na plecach nieprzyjemny wręcz ścigający go dreszcz szybko przyspieszył kroku. Zdawało mu się, że biegnie, a korytarz nieustannie się wydłuża. Gdy jednak dopadł do klamki drzwi kuchennych, otworzył je pospiesznie i niczym strzała wparował do środka trzaskając drzwiami, a przynajmniej tak mu się wydawało. Jednak ku jego zdumieniu drzwi zwolniły i zamknęły się przy delikatnym akompaniamencie skrzypnięć i poruszeń klamką.
„Może to babcia..."- Przemknęło mu przez głowę- „Ale czy zdołałaby tak szybko i bezszelestnie złapać rozpędzone drzwi...?"- Wiele myśli kłębiło mu się w głowie, lecz z braku logicznego rozwiązania dał temu spokój i starannie zaparzył herbatę. Postawił filiżanki na tacy i już miał zanurzyć się w spiżarce w poszukiwaniu cukru i miodu, gdy jego pędzący wzrok przykuła białowłosa dziewczynka stojąca w progu kuchni. Wyciągnięta ku klamce spiżarnianych drzwi ręka przywarła mu jak rzep do ciała, a wzrok powędrował na oczy dziewczynki, które teraz lśniły jeszcze piękniejszym błękitem niż wcześniej.
Jego zmieszanie i niepewność ośmieliły dziewczynkę i w końcu spokojnym, delikatnym głosem zagadnęła do chłopca.
-Może chcesz żebym Ci pomogła?- Wyciągnęła w jego stronę drobną rękę i życzliwym tonem dodała- Mam na Imię Anastazja.- W głowie Romka coś zawirowało. Nigdy przedtem nie słyszał tak melodyjnego głosu, a na dodatek swoje imię dziewczynka powiedziała tak słowiczo, że miał wrażenie iż je wyśpiewała. Otrząsnął się jednak i po chwili otępienia wyciągnął do niej roztrzęsioną rękę.
-A ja Romek- wydukał, nadal tonąc w błyszczących oczach Anastazji.
-Możesz... Możesz wziąć cukier i miód- oderwał od niej wzrok i już miał ruszyć w stronę spiżarni lecz dziewczyna go uprzedziła podnosząc ze stołu cukiernicę i słoik z miodem.
-Super, jak to zrobiłaś?!- Wyrwało się chłopcu.
-Co zrobiłam? Przecież cały czas tu stały- ucięła krótko, mierząc Romka wzrokiem. Ten nie wiedząc jak ma na to odpowiedzieć szybko otworzył drzwi i doskoczył do tacy z napojami.
-Idź przodem- Zwrócił się uprzejmie do dziewczyny, ta tylko skinęła głową i wyszła. Chłopiec bez ociągania się ruszył za nią, lecz w miejscu gdzie powinna być jego towarzyszka spotkał się tylko z ciemnością korytarza. Chciał nawet za nią zakrzyknąć, ale od razu z tego zrezygnował. Dotarło do niego, że to co dzieje się w domu od momentu ich przybycia wykracza poza jego zdolności rozumowania. Pewnym krokiem ruszył w stronę pokoju, w którym czekali na niego usadowieni przy kominku Anastazja i... No właśnie. Romek nadal nie wiedział kim jest ten mężczyzna...
-To mój tata.- Wyjaśniła nie odrywając wzroku od ognia Anastazja.
-a... aha.- Już miał i temu dać spokój gdy nagle poczuł ten sam dreszcz, który odprowadzał go do kuchni.
-Skąd...- Zaczął mówić półszeptem.
-Anastazjo, nie możesz tak po prostu czytać w myślach tych ludzi. Dali nam schronienie i ugościli jak członków rodziny. To niegrzeczne z twojej strony- Mężczyzna niespodziewanie przerwał mu wypowiedź i rzucił przepraszające spojrzenie.
Przez cały ten zamęt Romek całkowicie zapomniał o babci, która dopiero teraz weszła rozpromieniona do pokoju.
-Jakie to szczęście, że zostawiłam niektóre ubrania męża, jego sweter będzie na panu leżał jak ulał! A dla Ciebie kochanie mam wydzierganą na drutach sukienkę, która pamięta jeszcze czasy gdy moja córka była dzieckiem, nie sądziłam, że...- Urwała w pół zdania. Dopiero teraz zauważyła poważne miny goszczące na wszystkich twarzach.
-A co to się stało?- Zwróciła się niby do wszystkich, jednak jej wzrok od razu powędrował na Romka.
-Nic takiego, po prostu wyczerpał nam się temat- Z usprawiedliwieniem na ustach mężczyzna ruszył w stronę Rozalki, dotknął rękoma ubrań i głośno podziękował.
-Zaprowadzę was do pokoju, pościeliłam już łóżko.
-Bardzo pani dziękuję. Obsypuje nas pani gościną na każdym kroku, a my nawet się nie przedstawiliśmy... Mam na imię Artur, a to moja córka, Anastazja.- Skinął lekko głową jakby chciał się skłonić.
-Niech pan nie przesadza- Uśmiechnęła się ciepło.- My też się nie przywitaliśmy jak należy. Ja jestem Rozalia, a ten maluch to mój wnuk, Romek.
* * *
Dni mijały mozolnie, a raz rozpętany sztorm trwał nieugięcie w dzień i w nocy. Za oknem nie było widać niczego co co znajdowało się dalej niż stara jabłoń zgrzytająca groźnie gałęziami o szybę.
Tutaj w domku otoczonym z trzech stron lasem i szczęśliwie wybudowanym na wzgórzu nikomu nic nie groziło. Jednak ulice i domostwa znajdujące się w dolinie zalane były wodą i zasypane gałęziami, a nierzadko całymi konarami drzew. Nie było więc w ogóle mowy by rodzinnie ugoszczeni Artur i Anastazja opuścili bezpieczny azyl w taką pogodę. Nikomu nie przeszkadzał ten układ, nawet Romek przywykł już do gości i dziwnych sytuacji mających miejsce w ich obecności. Jedynie Anastazja błąkała się nerwowo po domu. Nie mogła znaleźć sobie miejsca i często ze zniecierpliwieniem rzucała jakby w przestrzeń pytanie dotyczące zakończenia ulewy. Widać było, że z utęsknieniem wyczekuje zbawiennych promieni słońca.
Bacznie obserwujący jej zachowanie Romek, przypomniał sobie o starych skrzyniach stojących na strychu. Nie rzadko znajdował wśród nich ukojenie w chwilach nudy.
Czwartego dnia ulewy chłopiec postanowił pokazać Anie- jak to pieszczotliwie zaczął nazywać dziewczynkę- strych wypełniony „skarbami".
Droga na poddasze wiodła po starych schodach, których stopnie przypominały szczeble drabiny.
Cała konstrukcja mimo sędziwego wieku wyglądała stabilnie, o czym rzewnie zapewniał Romek, jednak Anastazja nie była przekonana do pomysłu  dostania się tam tą drogą. Nie mieli jednak innej możliwości jeżeli chcieli dostać się do owianych tajemnicą i ekscytacją skrzyń.
Chłopiec nie marnując okazji po raz kolejny przetestował niezwykłe zdolności Any.
„Pójdę przodem i pokażę Ci, że to nic strasznego"- Zagadnął w myślach na co odpowiedzią było niepewne skinienie głowy, wciąż z przestrachem wpatrzonej w schody dziewczynki.
Nie marnując czasu i swojej pewności siebie Romek gwałtownie przestąpił dwa stopnie, co spowodowało złowrogie skrzypnięcie starego drewna.
„To się zdarza"- Rzucił w myślach po czym z mniejszym temperamentem ruszył ku drewnianym drzwiczkom otwierającym strych.
Pod wpływem pchnięcia chłopięcej ręki drzwi zaskrzypiały i z początkowo niewielkiej, mrocznej szpary błysnęło nieśmiałe światło wpadające przez małe okienko. Zwykle jest tu jaśniej, lecz teraz siarczysty deszcz skutecznie utrudnia nikłym promieniom słońca rozświetlenie pomieszczenia.
Chłopiec uśmiechnął się przez ramię do swojej towarzyszki.
-Idziesz?- Rzucił krótko nadal się uśmiechając. Dziewczynka choć niepewnie postąpiła krok na schody, przy czym stopnie ponownie zaskrzypiały.
-Nie jestem tego pewna... Te schody nie wyglądają przekonująco...- Nikt nie odpowiedział na jej obawy, ponieważ Romek zdążył już zniknąć w czeluściach starego strychu. Teraz nie tylko z ciekawości ale również z braku większego wyboru Ana weszła po schodach i ostrożnie zajrzała do owianego zagadkowością pomieszczenia.
Jej oczom ukazało się cieniste poddasze wysłane przeróżnymi materiałami. Na podłodze stały kufry, skrzynki i różnorakie kosze, a o ściany opierały się zwoje map, pergaminów i płótna z kolorowymi obrazami. Nagle cała gorycz wywołana złą pogodą prysła w Anastazji. Obudziło się w niej dziecko, którym- jak wskazywał na to wygląd- była.
Jej oczy zabłysnęły tym samym blaskiem jakim skrzyły się pierwszego wieczoru.
Dziewczynka bacznie rozglądała się po pomieszczeniu, jakby szukała statecznego punktu, na którym mogłaby zatrzymać wzrok. W końcu dopadła spojrzeniem starej nieco zszarzałej mapy. Trącając dłonią pęczek apaszek leżący na niewielkim stoliku, podeszła do kawałka papieru i podniosła go z podłogi. Zdumienie i ciekawość nieustannie przepychały się na jej twarzy.
Nie mając pojęcia co ilustruje mapa zwróciła pytający wzrok w stronę Romka, przeglądającego właśnie zawartość jednej z większych skrzyń.
Widząc kątem oka wyraz twarzy dziewczynki, spojrzał na mapę i odkładając zwój materiału do skrzyni zaczął tłumaczyć.
-Babcia mówi, że wszystkie te rzeczy jakie się tu znajdują pochodzą ze snów, a ten kawałek papieru to mapa pomagająca się tam dostać. Na odwrocie jest zapisane zaklęcie. Trzeba położyć się spać dotykając mapy i powtarzać zaklęcie tak długo aż się zaśnie.- Wyjaśnił dość krótko i spokojnie jakby codziennie od wielu lat opowiadał tę historię.
-Czy... Czy możemy tam pójść? Razem...?- Głos dziewczynki zachwiał się przez chwilę. Nie była do końca pewna czy Romek mówi prawdę, czy tylko się z niej naigrawa, jednak tak bardzo chciała zobaczyć „sny", że zupełnie zapomniała o przemyśleniu swojego pytania .
-Dobrze...- Odpowiedział półszeptem- Pójdę tam z tobą, ale będziemy musieli uważać na koszmary- Uśmiechnął się ciepło po czym wziął się za szykowanie posłania. Nie trwało to długo, wystarczyło przyciągnąć stojący pod ścianą duży materac i pościelić go pierzyną i poduszkami znajdującymi się w jednym z kufrów.
Ułożyli się na legowisku i każdy z nich ścisnął w dłoni jeden koniec mapy.
Zaklęcie było proste
LOSSE
Powtarzając w kółko słowo zaklęcia, Ana szybko zapadła w głęboki sen, natomiast Romek mimo iż obiecał jej swoje towarzystwo, za nic nie mógł zasnąć. W końcu zrezygnował z wypowiadania słowa i zajął się rzeczami znajdującymi będącymi w kufrach.
Mijały długie godziny, Anastazja nadal się nie budziła, a chłopcu coraz dotkliwiej dawał o sobie znać pusty żołądek. Uznał, ze dziewczynka nie obudzi się zbyt szybko, a on w tym czasie zdąży przygotować coś do jedzenia.
Wieczór nastał bardzo szybko, a wraz z nim nagłe rozpogodzenie. W domu wręcz zawrzało od pośpiechu przejawianego przez gości. Ana nagle zbudziła się z głębokiego snu. Biło od niej delikatne, jasne światło, a oczy jaśniały niczym dwa błękitne ogniki. Nie czekając na reakcję chłopca zbiegła  ze strychu. Na korytarzu spotkała swojego ojca, który lśnił zupełnie jak ona.
-Już czas- Głos dziewczynki rozbrzmiewał echem zewsząd,a ona sama zdawała się nawet nie otwierać ust.
Zdezorientowany Romek od początku wiedział, że z tymi ludźmi jest coś nie tak, jednak to co zobaczył teraz przechodziło jego wszelkie wyobrażenia.
Rozalia również nie bardzo wiedziała co się dzieje i stojąc tuż przy gościach obrzucała ich na przemian pytającym spojrzeniem. Artur szybko pospieszył jej z wyjaśnieniami.
-Uprzejmie dziękujemy za okazaną nam gościnę i dobre serce, jednak teraz musimy wracać do domu...
-Do domu?! Przecież jest już późno, zostańcie chociaż do rana...- Staruszka próżno próbowała zatrzymać przybyszy.
Za dnia i przy zachmurzonym niebie jest to niemożliwe- Nagle mężczyzna i dziewczynka zabłysnęli jaśniejszym, wręcz oślepiającym światłem. Zza ściany blasku dało się tylko słyszeć rozpraszające się słowa:
-Nasz czas tutaj mija, musimy wracać do gwiazd- Po tym swego rodzaju pożegnaniu blask ustał, a w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stali Artur i Anastazja zostały tylko dwie kupki połyskliwego, srebrnego pyłu...
If you be my star, I'll be your sky...
W moim osobistym odniesieniu,to najlepsze opowiadanie jakie udało mi się napisać ^^
No comments have been added yet.

Add a Comment: